Subiektywnie o Dark Eyes
zanucił arvind (07.12.2009 - 3:28) w kategorii Muzyka
chciałbym Wam przybliżyć to co nasze, Polskie, rodzime… ale no cóż, trochę wstyd przyznać ale jest mi to dość „dalekie”. Całe szczęście są wśród naszych czytelników i wśród miłośników Jazzu ogólnie ludzie którzy chętnie się dzielą swoimi przemyśleniami i w takich sytuacjach potrafią nas wyręczyć i wspomóc swoim piórem… zapraszam Was zatem do przeczytania gościnnej recenzji napisanej przez Artura Kuć, autora bloga SalesGuru. Artur jest uzależniony. Od muzyki i książki. Podobno więcej myśli niż mówi ale na nasze szczęście lubi swoje przemyślenia przepuszczać przez klawiaturę…tak więc nie przedłużając dalej, zapraszam :) Artur Kuc o płycie Tomasza Stańko – Dark Eyes.
Nie wiem, czy pisanie recenzji płyty Tomasza Stańko w moim przypadku jest sensowne i czy będzie obiektywne. Dlaczego? Po pierwsze nie jestem zawodowym krytykiem, po drugie – na tyle przesiąkłem już jego twórczością, że wchodzę we wszystko co gra na ślepo. Podobnie było w przypadku Dark Eyes. Gdy tylko zobaczyłem zapowiedź płyty, od razu wiedziałem, że w dniu premiery będę ją miał. Niezależnie od tego co powiedzą lub napiszą inni.
Mocno ciekawiło mnie, jak będzie się prezentować połączenie mistrzowskiej trąbki Tomasza Stańko ze skandynawskimi klimatami jazzowymi… A do tego jeszcze z elektrycznym basem i gitarą… Osobiście, bardzo mi po drodze ze stylem grania uprawianym przez naszych sąsiadów z północy, ale muszę przyznać, że trochę sceptycznie nastawiony byłem – szczególnie do tych instrumentów „z prądem”. Efekt jest świetny. Płyta brzmi tak, jakby panowie grali ze sobą od lat: pełna harmonia, naturalność i spójność.
Gdybym miał jednym zdaniem opisać pierwsze wrażenia po przesłuchaniu Dark Eyes, to powiedziałbym, że płyta jest genialna, magiczna i hipnotyczna…
W ogóle jeżeli chodzi o muzykę Tomasza Stańko, to jest w niej coś takiego, że gdy tylko zabrzmi, to tak, jakby wokół mnie wytworzyła się jakaś przestrzeń. Wszystko inne przesuwa się na dalszy plan, schodzi do poziomu szumu w tle. Jakby czas zaczynał płynąć wolniej. Jest po prostu przestrzeń i muzyka.
Czasami próbuję sobie wyobrazić, co było inspiracją w przypadku poszczególnych utworów. Wiem, wiem – trochę brzmi jak znane wszystkim ze szkoły pytanie: co autor miał na myśli? Mam tak i nic na to nie poradzę… A właściwie, to nawet nie chcę tego zmieniać. Wracając jednak do płyty, to odnoszę wrażenie, że na przykład utwór Terminal 7 powstał w takiej przestrzeni, o której pisałem przed chwilą. Niemalże widzę Stańkę stojącego przed szybą lotniskowego terminala. Obserwującego całe to zamieszanie i zgiełk. Ludzie, walizki, samoloty, obsługa… Jest to jednak pewien szum otoczenia. Trzeba jakoś się od niego odizolować. Powstaje przestrzeń, a w niej muzyka… Chociaż jest pochodną szumu otoczenia – jest inspiracją, a muzyka go tylko opisuje i opowiada, to z drugiej strony jest pewną strefą bezpieczeństwa oddzielającą świat zewnętrzny. Pomaga przetrwać. Przekombinowałem? Nie wiem – oceńcie sami…
Tytuły utworów na płycie także sugerują, że ich inspiracjami były konkretne miejsca – przynajmniej w większości przypadków. Nie będę opisywał teraz każdego z nich po kolei – zrobiły to już praktycznie wszystkie czasopisma w swoich działach o kulturze. Po prostu miejsca i sytuacje opisane muzyką. Według mnie to właśnie wyróżnia największych artystów. Umieją opowiadać. Ich muzyka przekazuje to, co widzą i czują, to czego doświadczają. Tomasz Stańko robi to po mistrzowsku.
Płyta jest w większości łagodna. Miękkie dźwięki wprowadzają w taki trochę hipnotyczny stan. Dają dużo dystansu i spokoju ducha. Wyjątkiem jest utwór The Dark Eyes Of Martha Hirsch, gdzie trąbka staje się momentami ostrzejsza. Wprowadza pewien niepokój i skłania do zastanowienia, co takiego Tomasz Stańko zobaczył w oczach Marthy? Chętnie poznam Wasze odczucia…
Dla mnie to mocno refleksyjna płyta, ale też z bardzo dobrą, pozytywną energią. Do słuchania w odpowiednim nastroju. Poświęćcie jej czas i uwagę. Warto.


